Są miejsca, które urzekają kolorami, smakami i zapachami… i są też takie, które wystawiają na próbę naszą cierpliwość. Tajlandia potrafi jedno i drugie.
Na pierwszy rzut oka wszystko tu jest „sabai sabai”. Czyli luźne. Powolne. Bez stresu. Bez napięcia. Cokolwiek się dzieje – odpowiedź brzmi „mai pen rai”, czyli: nic się nie stało. Dosłownie. Choć czasem ma się ochotę odpowiedzieć: no właśnie się stało!
Siedzimy w restauracji – pusto. Czekamy na menu. Przychodzi jedno. Dla pięciu osób. Prosimy o więcej. Czekamy. Dostajemy… jedno. I tak z uśmiechem, z opanowaniem, bo przecież nie wypada się złościć. W końcu jesteśmy w kraju uśmiechu.
Ale wewnętrznie? Gotuje się. Nie z powodu głodu, a z bezsilności wobec wszechobecnego „spoko, na luzie, przecież nie ma pośpiechu”.
A jednak – może właśnie o to chodzi?
W naszej kulturze jesteśmy przyzwyczajeni do działania, do kontroli, do efektywności. „Czas to pieniądz”, „Nie trać dnia” i inne motywacyjne mantry w stylu espresso z rana. A tu nagle świat, w którym nikt się nie spieszy, nikt nie goni, wszystko płynie. Brzmi cudownie, dopóki nie próbujesz niczego załatwić. A wtedy – dziękujemy, sami sobie zrobimy.
Zderzenie tych dwóch światów było dla nas jak zimny prysznic w 40-stopniowym upale. Ale po kilku dniach… coś się zaczęło zmieniać.
Zaczęliśmy odpuszczać. Uśmiechać się bardziej. Akceptować, że rzeczy się dzieją… albo nie. Że nie wszystko trzeba naprawiać, poprawiać, przyspieszać. Że można po prostu być.
I wtedy Bangkok zaskoczył nas jeszcze raz – tym razem na drodze. Gdzie buddyjski spokój ustępuje miejsca totalnemu chaosowi. Klaksony, przepychanki, gestykulacja, emocje, a czasem nawet groźby. To nie był już „sabai sabai”. To był azjatycki film akcji na żywo. Zresztą – każda osoba, która prowadziła tam skuter, wie, że „zen” kończy się tam, gdzie zaczyna się rondo.
Tajlandia uczy. Cierpliwości, elastyczności, spokoju. Ale też tego, że luz nie zawsze znaczy to samo. Czasem bywa wyuczonym mechanizmem, czasem zasłoną, a czasem… prawdziwą filozofią życia.
Dziś wiemy jedno: każdy z nas ma swoje tempo. Swoje „sabai sabai”. Czasem potrzebujemy więcej dystansu, a czasem zdrowej dawki działania. I nie ma w tym nic złego – dopóki nie próbujemy robić z tego jednej słusznej recepty dla wszystkich.